Zestaw A
Barney Stinson
snobistyczny, próżny, rozrzutny, tolerancyjny, dobrze zbudowany, wysoki, jasne i krótkie włosy, złote zęby, brak prawej nerki.
Pochodzi z biednej rodziny. Sprzedał prawą nerkę na czarnym rynku, by pozyskać pieniądze na rozwój firmy, dzięki której stał się multimiliarderem.

Zestaw B
Kaczor Donald
jest kaczką, ma białe pióra, żółte płetwy, skrzydła, dziób z zębami, niski, lekko otyły, leniwy, przesądny, mądry
Rodzice „bawili się” jego kodem genetycznym i przez nieszczęśliwy przypadek urodził się, łudząco podobny do kaczki. Zrozpaczeni rodzice wyparli się go i oddali do sierocińca, gdzie spędził całe dzieciństwo.

Zestaw C
Olga Małkowska
harcerka (w stopniu przewodnika), ambitna, stara się żyć zgodnie ze swoimi ideałami, jest drużynową, ma ciemne, proste, długie włosy, które czesze w kucyk, zwykle (a przynajmniej podczas opowiadania) nosi bordowy sweter, jeansy i plecak, na szyi ma zawieszone słuchawki, a w plecaku śpiewnik i „Bajki robotów” Lema, nosi 10-dziurkowe glany w kolorze czarnym, jej plecak jest w systemie molle: Grot 25 w kolorze oliwkowym, ~20 lat
.

Nagle robi się zupełnie cicho. Milknie nawet nieustanny wrzask dziecka z przedziału obok. Orientuje się, że w pociągu nie ma nic prócz mnie i mojego plecaka. Widok za oknem zmienił się nie do poznania: w miejscu fantastycznych, górskich pejzaży widzę tylko szaroburą ścianę. Mija chwila, podczas której próbuje pozbierać myśli, pociąg toczy się coraz wolniej i w końcu zatrzymuje. Za oknem widzę coś w rodzaju stacji. Nie wiedząc, co się dzieje, postanawiam wyjść na zewnątrz. Zarzucam plecak na ramię i ostrożnie schodzę na wyludniony peron.
Dopiero po chwili dostrzegam poruszenie za tablicą z rozkładem jazdy. Podchodzę i spostrzegam kaczora, studiującego jak gdyby nigdy nic tabelkę z godzinami odjazdów. Stworzenie ma na sobie niebieską bluzkę i fikuśny beret. Wygląda zupełnie jak Kaczor Donald z komiksów, które czytałam w dzieciństwie. Nie mając innej alternatywy, pytam go, gdzie ja właściwie jestem i dlaczego zamiast do Zakopanego dojechałam tutaj. Jednak kaczor zdaje się mnie nie słyszeć i zerknąwszy na mnie, rusza w kierunku odjeżdżającego właśnie pociągu, kolebiąc się przy tym na boki, jak na kaczkę przystało. Zrezygnowana, nie wiedząc co innego mogę zrobić, ruszam za nim. Podczas podróży ponawiam swoje pytania. Tym razem jedynym odzewem jest machnięcie ręką, a właściwie kończyną przypominającą skrzydło. Odczytuję to jako sugestię, bym podążała za moim towarzyszem.
Pociąg zatrzymuje się na stosunkowo gwarnej stacji. Wysiadamy. Zauważyłam postać o niebieskiej skórze, siedzącą na ławce. Czuje lekki powiew- właśnie odjeżdża nasz pociąg, ale ku mojemu zdumieniu porusza się prawie bezszelestnie, jak na jakiejś poduszce powietrznej- jego podwozie w żaden sposób nie styka się z podłożem. Tam właściwie nie ma torów, jedynie metalowe płyty. Kaczor jakby w odpowiedzi na moje niezadane pytanie wskazuje tabliczkę informującą „Uwaga! Silne pole elektromagnetyczne”. Ruszamy dalej. Przechodzimy przez kładkę i mijamy kobietę o sokolim wzroku, siedzącą w stróżówce. Dosłownie sokolim! Jej oczy mają charakterystyczny ptasi wygląd. Generalnie wszystko co mnie otacza, jest takie dziwne i zbyt nowoczesne. Na dodatek jest bardzo cicho.
Kaczor Donald, jak go w myślach nazywam, prowadzi mnie na szczyt przeszklonego wieżowca do przestronnego gabinetu. Za wielkim, mahoniowym biurkiem siedzi tam mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wygląda zwyczajnie. Wstaje, podaje mi rękę i uśmiecha się, ukazują pełen garnitur złotych zębów i choć nie jestem pewna co do szczerości jego wyrazu twarzy, również się uśmiecham. Zaprasza mnie gestem, bym usiadła i sam także siada. Bez owijania w bawełnę zaczyna opowiadać. Twierdzi, że zaszła pomyłka podczas przekierowywania pociągu i pasażerowie polecieli do roku 2015 zamiast 2051, wskutek czego mój pociąg wpadł w pasmo zakłóceń, powodowanych podwójną tożsamością: pociągu trasy Warszawa Zachodnia- Zakopane z 2015 i pociągu, realizującego wycieczki czasoprzestrzenne. Inni pasażerowie mojego pociągu mieli co prawda zawroty głów, ale na tym koniec. Natomiast ja. Jako że interesuje się fantastyką naukową, wpadłam w w rezonans czasowomechaniczny z drganiami własnymi teleportu, przez co zamieniłam się rzeczywistościami z teleportującymi się wtedy turystami. Szczęśliwie proces jest odwracalny i wraz z powrotem pociągu wycieczkowego wrócę na swoje dawne miejsce. Mówi, że jest właścicielem firmy przewozowej Stinson&Duck podobnie jak siedzący wciąż obok mnie kaczor i że ich obowiązkiem, by uniknąć konsekwencji prawnych, jest wykasowanie mi wspomnień z pobytu w przyszłości, ale muszę na to wyrazić zgodę. Informuje, że mam czas na decyzje, dopóki nie wróci kurs wycieczkowy, czyli godzinę. Nie potrzebuje się jednak długo namyślać i zgadzam się na wykasowanie fragmentu pamięci. W gruncie rzeczy nie chce wiedzieć, co mnie czeka w przyszłości. To byłoby ograniczające: wiedziałabym, że niezależnie od tego, co będę robiła, skończy się to w dany sposób. Tym razem uśmiech mojego rozmówcy jest z pewnością szczery.
Ponieważ mam jeszcze dużo czasu, a ja jestem z natury ciekawa świata, proszę mężczyznę, by opowiedział mi o swoim świecie i wytłumaczył dziwny wygląd wielu ludzi. Opowiada o tym, jak ludzie zaczęli eksperymentować z kodem genetycznym, aż wreszcie upowszechnili i usankcjonowali prawnie. Niestety nie zawsze skutek rekombinacji okazuje się pożądany. W wyniki jednej z takich lekkomyślności powstał jego wspólnik, będący istotą bardzo inteligentną, ale niemą. Dodaje, że równocześnie z genetyką bardzo szybko rozwija się technologia, że na porządku dziennym są podróże w czasie i teleportacje na odległe planety. Według niego ludzie stali się bogami, a wszelkie ingerencje (podobno boskie) w przeszłości, to tak naprawdę zdarzenia wywołane przez ludzi podróżujących tunelami czasowymi. Dostrzegam w tym pewien sens, ale mimo tego uważam, że takie mniemanie jest skutkiem zbytniego zadufania w sobie, a nie osiągnięcia boskiej rangi. Chwilowo wdaję się w dyskusję na ten temat, ale pan Stinson jest tak dalece przekonany o swej wspaniałości, że moje argumenty trafiają do niego jak grochem o ścianę. Wobec tego daje spokój i wracam do tematu genetyki. Ciekawi mnie jak ludzie reagują na wynaturzenia. Mężczyzna informuje mnie, nieco jeszcze urażonym tonem, że różnie. Jeśli mutacja nie jest zbyt rażąca, zwykle nie zwracają uwagi, jednak jeśli przekracza nawet obecne granice rozsądku, zdarzają się niemiłe komentarze, oburzone spojrzenia, a czasem nawet dyskryminowanie czy też odrzucenie, zwłaszcza jeśli zmutowane dziecko wyjątkowo nie podoba się rodzicom jak w przypadku pana Donalda. Mimo tego ludzie są z reguły tolerancyjni, bo odmienność stoi na porządku dziennym.
Kończę rozmowę i pogrążam się w myślach, To wszystko, co mnie spotkało przez ostatnie dwie godziny, wydaje się nieprawdopodobne. Próbując to jakoś ułożyć i zrozumieć zasadność takich działań. Nie jest to łatwe. Może mi się uda, jak sama stanę przed podobnymi wyborami- to przecież moja przyszłość.
Z zamyślenia wyrywa mnie prośba pana Stinsona bym poszła za nim do gabinetu z aparaturą do regulacji pracy mózgu. Wstaję i daje się zaprowadzić. Na miejscu siadam na fotelu i pozwalam założyć sobie na głowę hełm z czujkami. Mężczyzna wyjaśnia, że prześle teraz przez mój mózg delikatny, niegroźny impuls, który wyczyści z mojej pamięci ostatnie dwie godziny. Czekam.
Przecieram oczy i siadam prosto na fotelu. Przez okno pociągu dostrzegam Zakopane. Musiałam długo spać. Miałam taki dziwny sen. Jeszcze przez chwilę go pamiętam, ale w miarę rozbudzania kolejne szczegóły umykają mi z głowy. Nieistotne, zaraz dojeżdżam do celu, czeka mnie przyjemny dzień- koncentruję się już tylko na tym.

Markocka Marta, Tusiewicz Karolina, Hodun Ania, Rejnuś Piotr z IIIG